Łódzkie fabryki runęły jedna po drugiej. Tak skończyła się przemysłowa epoka

Łódzkie fabryki runęły jedna po drugiej. Tak skończyła się przemysłowa epoka

W Łodzi jeszcze niedawno nazwy wielkich zakładów brzmiały jak gwarancja stabilności. Potem przyszła transformacja i ten porządek rozsypał się niemal na oczach całego miasta. Jedne fabryki przygniotły kredyty, inne straciły rynki zbytu, a kolejne nie wytrzymały starcia z tanim importem. Na gruzach dawnego przemysłu zaczęło jednak wyrastać coś nowego – mniejsze firmy, elastyczniejsze i lepiej dopasowane do realiów wolnego rynku.

  • Kredyty, wschodni rynek i import zatrzasnęły drzwi wielkim zakładom
  • Nazwy znane z metek i szyldów znikały z miasta
  • Na zgliszczach przemysłu wyrósł inny model łódzkiego biznesu

Kredyty, wschodni rynek i import zatrzasnęły drzwi wielkim zakładom

Upadek łódzkiego przemysłu nie miał jednej przyczyny. Dla wielu zakładów decydujący okazał się wzrost kosztów kredytów na początku lat 90., który uderzył szczególnie mocno w firmy prowadzące kosztowne inwestycje. Inne straciły grunt pod nogami, gdy zniknęły rozliczenia w rublach transferowych i handel barterowy ze Związkiem Radzieckim, a ich miejsce zajęły twarde zasady płatności w dewizach.

Efekt był brutalny. Magazyny zapełniały się gotowymi wyrobami, a jednocześnie rosły długi za surowce i podzespoły kupowane na Zachodzie. Do tego doszły błędy w restrukturyzacji i prywatyzacji oraz brak realnej ochrony rynku krajowego, który szybko zalała tania produkcja z Dalekiego Wschodu. W takich warunkach nawet nowoczesne zakłady, które wcześniej sprzedawały swoje wyroby za granicę, zaczęły chwiać się w posadach.

Nazwy znane z metek i szyldów znikały z miasta

Najmocniej widać to było w branży odzieżowej i włókienniczej. Z mapy Łodzi zaczęły znikać zakłady, które przez lata budowały jej reputację jako miasta pracy, mody i produkcji. Zakłady Przemysłu Odzieżowego im. Próchnika zatrudniały około 2 tys. osób, miały nowoczesny obiekt przy dawnej ul. Promińskiego, dobry park maszynowy i szyły płaszcze oraz garnitury dla zagranicznych odbiorców. Podobny los spotkał ZZPO „Wólczanka”, znaną z koszul i bluzek eksportowanych poza Polskę.

Lista nazw robi się z każdym rokiem bardziej archiwalna. Zniknęły albo zostały wchłonięte kolejne firmy i marki: „Polsport”, „Dandys”, „Nestor”, Dom Mody „Telimena”, a także „Anilana”, „Bistona” czy liczne zakłady dziewiarskie, w tym Dresso, Pafino, Iwona, Lido, Marko, Femina, Delta i Fako. W tej samej fali znalazły się też przedsiębiorstwa spoza odzieży – od Polmatexu-Majedu i Polmatexu-Wifamy po Skogar, Pollenę Ewę, Polmo, Primę, Ponar-Jotes i Eltę przejętą później przez szwedzki ABB.

Na zgliszczach przemysłu wyrósł inny model łódzkiego biznesu

Transformacja nie była jednak wyłącznie opowieścią o likwidacjach. Równolegle rozkręcała się mała przedsiębiorczość, która szybko zaczęła zapełniać pustkę po wielkich kombinatach. W 1992 roku w Łodzi działało niemal 75 tys. zakładów osób fizycznych, czyli niewielkich firm zatrudniających do pięciu pracowników. To był wyraźny znak zmiany: z ciężkich struktur na rzecz tysięcy drobnych, sprytnych przedsięwzięć.

W latach 1993–97 szczególnie mocno rozwinęły się małe szwalnie, dziewiarnie i zakłady pończosznicze, pracujące na potrzeby wielkich targowisk pod Łodzią. Szacunki mówią o około 17 tys. nowych, niewielkich firmach w tych branżach. W tym samym czasie zaczęły wyrastać średnie firmy konfekcyjne, które z czasem budowały własne marki – między innymi Hexeline, Fine Fashion, Twin, Modesta i Hera. To już był inny Łódź przemysłowy krajobraz: mniej monumentalny, ale bardziej rozproszony, oparty na inicjatywie i szybkim reagowaniu na rynek.

na podstawie: Urząd Miasta Łodzi.