Koniec bawełnianego imperium w Łodzi i trudna pamięć Księżego Młyna

Koniec bawełnianego imperium w Łodzi i trudna pamięć Księżego Młyna

Na Księżym Młynie wciąż czuć ciężar zakładów, które przez dziesięciolecia trzymały Łódź przy życiu. Najpierw podcięto bawełnę, potem zniknęła wełna, a wraz z nimi cały świat robotniczych osiedli, stołówek, szkół i fabrycznych rytmów. Dziś między odnowionymi budynkami i ruiną układa się już inna opowieść – o mieście, które próbuje ocalić przemysłową pamięć, choć dawnej skali tej potęgi nie da się przywrócić.

  • Księży Młyn był miastem w mieście, zanim Łódź nauczyła się tak o sobie myśleć
  • Uniontex długo był jednym z filarów miasta, aż przyszło gwałtowne tąpnięcie
  • Z przemysłowej potęgi został kawałek po kawałku nowy krajobraz

Księży Młyn był miastem w mieście, zanim Łódź nauczyła się tak o sobie myśleć

Kiedy Karol Scheibler budował swój kompleks nad Jasieniem, nie stawiał samej fabryki. Powstał cały organizm: przędzalnia, magazyny, domy dla robotników, szkoła, remiza, szpitale, gazownia, sklepy, rezydencje właścicieli i bocznica kolejowa. To wszystko rozplanowano tak, by zakład działał jak dobrze naoliwiona maszyna, a ludzie mieli pod ręką niemal wszystko, czego potrzebowali do życia.

Księży Młyn wyrósł w latach 70. XIX wieku jako wzór przemysłowego porządku i skali, której Łódź długo nie znała w żadnej innej dziedzinie. W szerszym ujęciu ta nazwa obejmuje dziś cały zespół urbanistyczny, tworzony jeszcze do lat 20. XX wieku przez majątki Scheiblerów i Grohmanów. To właśnie ten układ pokazuje, jak bardzo rozwój miasta był związany z włóknem – najpierw z bawełną, potem także z wełną.

Uniontex długo był jednym z filarów miasta, aż przyszło gwałtowne tąpnięcie

Po wojnie zakłady przejęte przez państwo wróciły do pracy, a później działały jako Zjednoczone Zakłady Przemysłu Bawełnianego im. Obrońców Pokoju „Uniontex”. W czasach PRL-u była to jedna z największych firm włókienniczych w Europie. Zajmowała około 20 hektarów, produkowała rocznie od 150 do 200 milionów metrów tkanin i do 20 tysięcy ton przędzy, a jej oferta obejmowała około 70 rodzajów wyrobów.

Skala zatrudnienia też robiła wrażenie – w najlepszym okresie pracowało tam ponad 12 tysięcy osób. Przy zakładach działały żłobek, przedszkole, dom kultury, stołówki, sklepy, ośrodek zdrowia, biblioteka, klub sportowy i ośrodki wczasowe. To był własny świat, w którym całe rodziny wiązały swoje życie z jedną bramą, jednym rytmem zmian i jednym przemysłowym adresem. Właśnie dlatego osłabienie zakładu pod koniec lat 80., a potem jego upadek po transformacji, uderzyło tak mocno. W grudniu 2010 roku Uniontex formalnie przestał istnieć, a kronika zakładowa zamknęła tę historię krótkim słowem: „Szkoda!”.

W tej fabryce spotkał się też z włókniarkami Jan Paweł II podczas wizyty w Łodzi. Ten obraz dobrze pokazuje, jak mocno zakład był wpisany nie tylko w gospodarkę, ale też w codzienność i zbiorową pamięć miasta.

Z przemysłowej potęgi został kawałek po kawałku nowy krajobraz

Po dawnych halach nie ma już jednej, spójnej całości. Zamiast niej pojawia się mozaika zmian, prowadzonych latami i nierówno. W starej przędzalni powstały lofty, famuły na Księżym Młynie zostały zmodernizowane, a część obiektów po zakładach Grohmana objęła w 1997 roku Łódzka Specjalna Strefa Ekonomiczna. Dalej, wzdłuż ulicy Tymienieckiego w stronę Piotrkowskiej, odnowiono magazyny, w których działa Art_Inkubator w Fabryce Sztuki.

W samym sercu kompleksu przetrwała też zabytkowa secesyjna elektrownia, a prace przesuwają się dalej w stronę ulicy Kilińskiego, do zrujnowanej części dawnej nowej tkalni, późniejszych zakładów Uniontexu. To właśnie tam najlepiej widać, jak trudne jest przejście od przemysłu do nowej funkcji: część obiektów dostaje drugie życie, inne czekają na swoją kolej albo stoją jak niemi świadkowie tego, co zniknęło. Z Łodzi niemal całkowicie wyparła się branża, która przez stulecia budowała jej siłę – zwłaszcza bawełniana i wełniana.

na podstawie: Urząd Miasta Łodzi.