Gdy w Łodzi kopano studnie, ratunek często przychodził za późno

Gdy w Łodzi kopano studnie, ratunek często przychodził za późno

W ciasnych wykopach brakowało powietrza, a czasu było jeszcze mniej. W dawnej Łodzi studnie powstawały jedna po drugiej, bo bez nich nie dało się zwyczajnie żyć – w mieście mogło ich być nawet około 10 tysięcy. Im więcej takich ujęć pojawiało się na podwórzach kamienic i fabryk, tym wyższe było ryzyko, że kolejny zjazd do środka skończy się tragedią. To był zawód potrzebny każdemu, ale dla samych robotników często śmiertelnie niebezpieczny.

  • W głębokim wykopie brakowało powietrza i czasu na ratunek
  • Jedna studnia pociągnęła za sobą trzech ludzi
  • Szklane pokrywy i nowa sieć wodociągowa zamknęły tamtą epokę

W głębokim wykopie brakowało powietrza i czasu na ratunek

W dawnych czasach kopacze schodzili na dno wąskich, głębokich studni, nieraz sięgających kilkunastu metrów. Problem nie kończył się na samym pochyleniu się nad wykopem – na dole gromadziły się dwutlenek węgla, metan i siarkowodór, a tlenu było po prostu za mało. W takich warunkach człowiek mógł stracić przytomność w kilka chwil, a każda próba pomocy stawała się kolejnym zagrożeniem.

Pośpiech tylko pogarszał sytuację. Łódź rozwijała się tak szybko, że studnie trzeba było nie tylko kopać, ale też pogłębiać, naprawiać i zastępować nowymi. W gęsto zabudowanym centrum poziom wód podziemnych obniżał się coraz wyraźniej, więc roboty nie miały końca. Zleceń było tak dużo, że firmy nie nadążały, a to zwiększało presję i liczbę wypadków.

W lokalnej prasie nie brakowało dramatycznych opisów. W sierpniu 1911 roku przy kopaniu studni zginęło dwóch robotników. Dwaj strażacy, którzy ruszyli im na pomoc, również stracili przytomność – jeden z nich nie przeżył, drugiego udało się uratować. To dobrze pokazuje, jak zdradliwe były takie interwencje: sama odwaga nie wystarczała, jeśli dno studni było pełne trujących gazów.

Jedna studnia pociągnęła za sobą trzech ludzi

Jeszcze bardziej przejmujący obraz zostawił po sobie opis opublikowany w 1879 roku na łamach „Tygodnia”. Studnia była już wykopana na ponad 8 łokci, ale wody nadal nie było. Robotnik zszedł na dół, by sprawdzić stan wykopu, po czym po kilku ruchach motyką zaczął jęczeć i ucichł. Gdy na krzyk ludzi przy windzie zbiegli się murarze, jeden z nich bez wahania zjechał w głąb i także zginął.

Nie skończyło się na tym. Kolejnego ochotnika spuszczono na linie, ale szybko trzeba było go wyciągnąć, bo zaczął wołać, że mdleje. Ciała dwóch pierwszych mężczyzn wydobyto dopiero po kwadransie, używając bosaków. Taki zapis nie potrzebuje ozdobników – sam pokazuje, jak cienka była granica między codzienną pracą a katastrofą.

Szklane pokrywy i nowa sieć wodociągowa zamknęły tamtą epokę

Kilka dawnych studni nie zniknęło bez śladu. Po remoncie zostały zabezpieczone, przykryte szkłem i podświetlone, dzięki czemu można je dziś zobaczyć na podwórku kamienicy przy ul. Piotrkowskiej 106, przy ul. Sienkiewicza 79 oraz przy siedzibie Architekta Miasta Łodzi przy ul. Wólczańskiej 36. To jedne z nielicznych miejsc, gdzie można spojrzeć w głąb i zobaczyć, jak wyglądała codzienność sprzed epoki wodociągów.

Boom na kopanie studni skończył się dopiero wtedy, gdy łódzkie domy zaczęto podłączać do miejskiej sieci. Dziś mieszkańcy korzystają z wody czerpanej przez ZWiK Łódź ze studni głębinowych, a najgłębsza z nich sięga niemal kilometra w głąb ziemi. Woda pochodzi z warstw kredowych, jurajskich i trzeciorzędowych, a jej parametry są monitorowane przez całą dobę. Dawny podwórkowy wykop ustąpił więc miejsca technice, choć w kilku punktach Łodzi wciąż można zobaczyć, jak wiele kosztowało zdobycie wody w mieście sprzed wodociągów.

na podstawie: Urząd Miasta Łodzi.